Rob Tognoni to muzyk pochodzący z Ulverstone na Tasmanii, gdzie urodził się w 1960 roku. W młodości nie miał styczności z muzyką współczesną, ponieważ w tamtych czasach na Tasmanii grano przede wszystkim country i gospel. W wieku 10 lat zaczął grać na gitarze. Kiedy był jeszcze nastolatkiem zafascynował go zespół AC/DC. Wzbogacił wtedy swój sposób grania o mocne brzmienia i odkrył miłość do bluesa. Ta miłość zdaje się trwać nieprzerwanie do dzisiaj, z korzyścią dla wielbicieli jego talentu...

Już na początku lat 70tych, pod wpływem takich muzyków jak:Jimi Hendrix czy BBKing, zdecydował, że zostanie gitarzystą. W swojej karierze grywał z tak znakomitymi muzykami jak: Lonnie Mack, Joe Walsh, czy nawet Roy Buchanan. Występował na większości najbardziej prestiżowych festiwali na świecie, jest laureatem wielu nagród muzycznych.

Tognoni na scenie czuje się bardzo swobodnie. Co wynika na pewno z obycia scenicznego, ale również z fascynacji tym, co robi. No właśnie – bo można odnieść wrażenie, że robi coś do czego został stworzony i bez grania na gitarze, nie przeżyłby nawet tygodnia. Gra sprawia mu niesamowitą radość i daje sporo satysfakcji. W krótkiej przerwie udało mi się go na chwilkę zaczepić i poprosić o autograf. Spytał czy podoba mi się jego muzyka. Oczywiście - odpowiedziałem twierdząco (Tak na marginesie to bardzo szczery i otwarty człowiek). Potem uścisnął mi dłoń – odniosłem wrażenie, że tętno też ma na 4/4

Widać było, że dobrze gra mu się z Polakami Łukaszem i Tomkiem. Wyglądali na zgrane trio. Znalazło się trochę miejsca na popisy naszych rodaków – obaj zaprezentowali solówki na swoich instrumentach, a pod koniec był nawet gitarowy pojedynek...

W trakcie koncertu okazało się, że Rob zna język polski. A jeśli nie włada nim płynnie, to na pewno zna najważniejsze zwroty. Na zdrowie powiedział, popijając na scenie toast czerwonym winem. Przywitał się i dziękował również w naszym języku. A to się chwali Często podchodził blisko widowni, spoglądał kobietom głęboko w oczy i wygrywał solówki. Flirt nie flirt, ale płci pięknej się podobało. Sam słyszałem kobiece opinie, że coś w sobie ma...

Na co warto zwrócić uwagę – w Pokładzie jest naprawdę niezłe nagłośnienie. Bardzo pomaga to w odbiorze muzyki, nie męczy słuchu. Nie od dzisiaj wiadomo również, że dobre nagłośnienie sprzyja nawiązaniu dobrej łączności zespołu z publicznością. Dzisiejszego wieczora nie mogło być inaczej. Przybyli bawili się doskonale. Tańczyli, wymachiwali, podśpiewywali i bujali się w rytm muzyki.

Rob Tognoni od samego początku dawał z siebie wszystko. Jeszcze przed przerwą był mocno zlany potem. Nie przeszkodziło mu to jednak zagrać drugiej części koncertu, a także dwukrotnie bisować. Wygląda na muzyka, który nieważne czy gra dla 10 ludzi czy 200 – zawsze gra na takim samym, wysokim poziomie.
Uczta muzyczna zakończyła się trochę po godzinie 21:00. Zadowolona i zarazem nienasycona publiczność długo biła jeszcze brawo. Wieczór można podsumować w kilku słowach. I są to same pozytywy. Taki koncert pozwala naładować akumulatory pozytywną energią na cały tydzień. Dawno nie słyszałem takiego „wykopu” ze sceny. Oby więcej, częściej i gęściej...
Kuba Pawłowski
Rob Tognoni, Pokład, 24 czerwca 2007.











