I Know, It’s Only Rock And Roll, But I Like It
Smukły
Zaczęło się z „symbolicznym” opóźnieniem. Najpierw Potty Umbrella. Fajne chłopaki, które ciągle mówiły, że zaraz kończą i że znaleźli się na koncercie tylko dzięki NMN. Wszystko można im było zarzucić oprócz r’n’r. Czwórka muzyków na pewno potrafiących grać, ale podstawowe pytanie nasuwało się okrutnie: właściwie po co? Jechali szeroko: od jazzu, przez funky do rocka. Momentami zapachniało nawet Radiohead, a w innym kawałku SBB czy Mahavishnu Orchestra, ale była to raczej słaba woda kwiatowa a nie perfumy. Istotą r’n’r jest połączenie muzyki i śpiewu. Można robić to różnie: łoić i drzeć ryja albo odwrotnie. Ale koniecznie w tym samym czasie i miejscu.
Oprócz jednego kawałka Parasolkarze, niestety, zapomnieli o tej odwiecznej zasadzie. Zagrali krótki, bardzo poprawny i jeszcze bardziej dla nikogo set. Sami świetnie się przy tym bawili, czego nie można powiedzieć o zajętej czym innym publiczności. Grać kolesie potrafią, ale czas na odwagę, na śpiew, na szaleństwo a może nawet na sztukę. Życzę im tego z całego serca, bo postanowiłem być już tylko dobry.
Na szczęście po krótkiej przerwie na scenę weszło dwóch facetów na pierwszy rzut oka wyglądających jakby przeszli przed chwilą na wcześniejszą lub pomostową emeryturę. To bracia: Rob (bas i wokal ) i John Wright (perkusja i wocal). Dołączył do nich troszkę młodszy Tom Holliston (gitara i wokal), który jest z dwoma szalonymi „lotnikami” od 1994 roku, tzn. tworzy No Means No o 15 lat krócej niż Rob i John.
Od razu, i bez zbędnych wstępów stwierdzam z własnej autopsji i organoleptycznie, że byłem:
bezwzględnie, absolutnie oraz bezdyskusyjnie zadowolony, oczarowany i wzruszony. Wszystko, co wiedziałem o NMN sprawdziło się z nawiązką. I nic , że wszystkie źródła pisały, że zwariowani Kanadyjczycy mają najlepsze lata za sobą. Mimo blisko 60-tki na karku z towarzystwem geriatrycznym i Budką Suflera łączyło ich tyle, co Michała Wiśniewskiego z wiśniówką. Łoili i wymiatali, dawali czadu i mieli kopa, energia wylewała się strumieniami i bez przerwy. Stylistyka od hard core i punk momentami po jazz punk. Tak dziwnie, ale tak było:) A w jednym kawałku słychać było, co Armia, a raczej Brylu, wzięła z NMN (riff w Wojny bez łez).

Muzyka NMN jest prosta, ale wciąż świeża i pomysłowa. Widać, ile zawdzięczać muszą im zespoły z ostatniego blisko trzydziestolecia, poczynając np. od Green Daya! Muzyka NMN jest także po prostu muzyką naturalną. Złoty skład: g, b i dr ciągle potrafi wyczarować niemało, gdy biorą się za to artyści. A na początku NMN byli nawet duetem! A do tego ta ekspresja, zadająca kłam słynnemu hasłu: Too Old To Rock And Roll, Too Young To Die. Palił się w Uchu ogień, który jest jedynie w prawdziwych rockendrolowcach. Tylko pozazdrościć i życzyć sobie takiego żaru w takim wieku, a nieważne będzie, jakie tym razem zwierzęta dostaną się do sejmu :)

NMN udowodnili to, co wiemy od dawna: r’n’r jest energią. W chwili lekkiego podniesienia emocjonalnego, odkrywając się patetycznie niczym Edyta Górniak, rzekłbym nawet energią pierwotną. Przez ten czas dany nam przez NMN byliśmy gdzie indziej: w przestrzeni, w marzeniach, w tęsknocie. To są właśnie TE chwile…
A do tego wszystkiego byli wspaniale dowcipni oraz … inteligentni. Kombinacja niezwyczajna absolutnie. Dowcipkowali z siebie, sytuacji w Polsce i z publiczności. Byliśmy świadkami unikatowego przekazu. Dlatego szkoda, że Ucho nie pękało w sobotę w szwach. Taki koncert może się już nie powtórzyć…
No Means No. Potty Umbrella. 28 kwietnia, Ucho, ul.św.Piotra 2, www.ucho.com.pl
Ucho w Gazecie Świętojańskiej w 2007 roku:
Punk patriotyczny i mistyczny. Armia i Lao Che w Uchu, 13 kwietnia 2007
Dark Independent w Gdyni, 2 kwietnia 2007
Indios Bravos, 24 marca 2007
Param pampam param pampam : Mamani Keita w Uchu. Muzyczne wydarzenie w Gdyni, 17 marca 2007
Highway to Hell. Mystic Tour 2007 w Uchu, 11 marca 2007
Świetny weekend w Uchu, 5 marca 2007
Kombajn do zbierania kur po wioskach w Uchu: wywiad i relacja, 21 lutego 2007
Wielkie joł, czyli Tede w Gdyni, 7 lutego 2007











